Dziennik - Poniedziałek, 23 lipca

Jezus daje jej siły do pokonania demona i zadrwienia sobie z niego. Ukazuje się św. Gabriel.
Dziś Jezus pokazał mi znowu, że wciąż mnie kocha, nie w taki sposób jak przedtem, kiedy jednoczyłam się z Nim i skupiałam się, ale inaczej. Położyłam się do łóżka, zasnęłam, a że spałam mocno, po upływie około kwadransa (bo nigdy nie śpię dłużej) ujrzałam w nogach łóżka, ale na ziemi, tego samego co zawsze człowieczka, całego czarnego, zupełnie małego. Zrozumiałam, kto to jest i rozbudziłam się na dobre; powiedziałam: „Znowu zaczynasz to samo, nie dasz mi spać?". „Jak to: spać? - odpowie­dział. - Dlaczego się nie modlisz?".

„Później będę się modlić – powiedziałam - teraz śpię". „Ha! Od dwóch dni nie możesz się skupić; dobrze, ja się tym zajmę". Zaczął mnie bić; wzięłam do ręki krucyfiks, w ten sposób już nic nie mógł. A już wdrapywał mi się na plecy i tłukł ile się dało. Nie wiem, co było potem; zobaczyłam, jak rozwścieczony turlał się po ziemi.

Śmiałam się: dziś zdaje mi się, że się nie bałam; powiedział mi: „Dziś nic ci nie mogę zrobić, ale następnym razem ci jeszcze pokażę". Spytałam: „Ale dlaczego nie możesz? Skoro tyle razy mogłeś, to i teraz możesz na pewno. To ja, ta sama, tylko mam Jezusa na szyi".

      Wtedy powiedział do mnie: „Ta... ta co tu jest w tym pokoju, co ci zrobiła? Niech zdejmie ci z szyi to, co tam masz, to zobaczysz".
Upierałam się, że nie mam nic, bo spałam, ale rozumiałam, co chciał mi powiedzieć. Po tych słowach poczułam zadowolenie i śmiałam się w łóżku, widząc jego wstrętne miny i złość, która go pożerała.

Mówił do mnie, że jeżeli będę się jeszcze modlić, będę więcej cierpieć. „Nie przejmuję się tym - odpowiedziałam - będę cier­piała dla Jezusa".

Dzisiaj to nawet trochę się ubawiłam, widząc, jak był roz­wścieczony; ale obiecał, że mi jeszcze dołoży.
Czekałam dziś do wieczora, dzięki Bogu nie trwało to zbyt długo, potrząsnął mną trzy razy z wielką siłą tak, że potem doj­ście do łóżka zajęło mi dużo czasu. Naraz rzuca się na oślep i tak strasznie, że nie wiem, co się dzieje. Pobił mnie tak, że ledwo mogłam się poruszać.

Jak wołałam Jezusa! Ale wcale nie przyszedł. Modliłam się do Anioła Stróża, żeby zaprowadził mnie do Jezusa, ale na próżno. Zachował się trochę tak, jakby mówił: „Dziś wieczorem ani Jezus nie przyjdzie cię pobłogosławić, ani ja cię dziś nie błogosławię".

Przeraziłam się, bo jeśli Jezus nie pobłogosławiłby mnie [i nie dodałby mi] siły, nie mogłabym się podnieść: tkwiłam tam, wy­czerpana. Spostrzegł wreszcie, że zbiera mi się na płacz i po­wiedział: „Ależ Jezus posyła mnie do ciebie, wiesz. A gdybyś wiedziała, kogo pośle do ciebie dziś wieczorem, ucieszyłabyś się bardzo".

Moja myśl poszybowała natychmiast do Konfratra Gabriela. Zapytałam o niego, ale nic mi nie odpowiedział; trzymał mnie tak jakiś czas płonącą z ciekawości. W końcu powiedział: „A co zrobisz, jeżeli Jezus rzeczywiście pośle do ciebie z błogosławień­stwem Konfratra Gabriela? Nie wolno ci z nim rozmawiać, bo złamiesz posłuszeństwo wobec spowiednika".  „Nie, nie będę rozmawiać - odpowiedziałam niecierpliwiąc się - ale czy to moż­liwe, że Konfrater Gabriel mnie pobłogosławi?". „Ależ to Jezus go posyła; przecież tyle razy już posyłał go do ciebie z błogosła­wieństwem. Tylko czy zdołasz być cicho i zachować posłuszeń­stwo?". „Tak, będę posłuszna; spraw, niech przyjdzie".

Przyszedł po kilku minutach. Jakież mnie wtedy ogarnęło pra­gnienie! Chciałabym... Ale byłam grzeczna, powstrzymałam się. Pobłogosławił mnie po łacinie, słowami, które dobrze zapamięta­łam, a potem od razu zebrał się do wyjścia.

Och, nie mogłam nawet powiedzieć: „Konfratrze Gabrielu, módl się do naszej Matki, żeby w sobotę przyprowadziła cię do mnie i pozwoliła ci trochę zostać". Odwrócił się i ze śmiechem powiedział: „Bądź grzeczna", a mówiąc to, zdjął czarny pasek, który miał na sobie i zapytał: „Chcesz go?". Oczywiście chcia­łam, naprawdę: „Podoba mi się, daj mi go". Pokręcił głową, że nie, da mi go w sobotę i zostawił mnie. Powiedział, że właśnie tym paskiem uratował mnie w nocy od diabła.